Zostawić fatalne wyniki za sobą i z nadzieją patrzeć w przyszłość. Choć po nieudanych eliminacjach mistrzostw świata 1994 (na 10 meczów w grupie, biało-czerwoni wygrali tylko trzykrotnie, w tym dwa razy z amatorami z San Marino) ciężko było o powody do optymizmu, nowy selekcjoner – Henryk Apostel musiał wierzyć w powodzenie swojej misji. Do rozpoczęcia walki o przepustki do mistrzostw Europy w Anglii, od dnia nominacji nowego selekcjonera w grudniu 1993 roku, pozostawało co prawda blisko 9 miesięcy, ale były trener m.in. Śląska Wrocław, Lecha Poznań i Górnika Zabrze doskonale wiedział, że czeka go ogrom pracy. A ta zaczęła się na dalekiej Teneryfie...
Aby dobrze zrozumieć w jakich okolicznościach rodziła się kadra Henryka Apostela, trzeba przypomnieć kilka istotnych faktów. Kilka miesięcy wcześniej walka o przepustki do mundialu w Stanach Zjednoczonych zakończyła się fiaskiem. Choć zespół pod wodzą Andrzeja Strejlaua eliminacje rozpoczął przyzwoicie (odnosząc 3 zwycięstwa: 1:0 nad Turcją, 1:0 i 3:0 nad San Marino, a także dwukrotnie remisując – 2:2 w Holandii i 1:1 z Anglią w Chorzowie), później przyszła prawdziwa katastrofa. Pięć kolejnych przegranych pozbawiło biało-czerwonych nadziei na awans, a z posadą pożegnał się zarówno Strejlau, jak i zastępujący go w końcówce kwalifikacji Lesław Ćmikiewicz. Stało się jasne, że myśląc o pierwszym w historii występie na Euro, trzeba było dokonać rewolucji.
9 lutego 1994 roku – ten dzień zapisał się w pamięci Henryka Apostela na całe życie. Właśnie wtedy zadebiutował w roli selekcjonera reprezentacji Polski.
Problemem nowego selekcjonera w debiucie nie był tylko wymagający przeciwnik (bo przecież takich piłkarzy jak Andoni Zubizarreta, Fernando Hierro, czy Josep Guardiola nikomu nie trzeba przedstawiać). Apostel musiał borykać się również z poważnymi problemami kadrowymi. Występujący w lidze francuskiej Roman Szewczyk i Piotr Świerczewski rozgrywali tego dnia spotkania w klubach. Marek Leśniak odmówił przyjazdu ze względu na przemęczenie, a Marek Koźmiński przedstawił zwolnienie lekarskie. Z powodu kontuzji na Teneryfę nie przyleciał Tomasz Wieszczycki, a już na miejscu, podczas przedmeczowej rozgrzewki poważnego urazu (który ostatecznie zakończył się operacją) nabawił się bramkarz Aleksander Kłak.
Dla występujących w większości na krajowym podwórku polskich piłkarzy, pewnym problemem okazał się również klimat. W tym czasie, w Polsce w najlepsze trwała przerwa zimowa, a za oknami panował mróz, na Wyspach Kanaryjskich (gdzie reprezentacja Polski nie grała nigdy wcześniej) mieli do czynienia z przyjazną, letnią aurą. I mimo, że mecz rozpoczął się wieczorem (o 20:30 czasu lokalnego), wysoka jak na tę porę roku temperatura dała się we znaki biało-czerwonym.
Ciepłe wieczory w lutym? Dla większości polskich piłkarzy takie warunki okazały się sporym wyzwaniem.
W tej sytuacji remis z tak silnym rywalem na jego terenie i przerwanie serii porażek należało uznać za sukces naszego zespołu. Oczywiście na boisku przeważali podopieczni Javiera Clemente, których wyższość taktyczna, a także techniczna nie podlegała dyskusji. Nasi piłkarze byli jednak w stanie wykorzystać swoją szansę i skutecznie bronić się przed atakami przeciwników. Bramkę dla gości zdobył dobrze znany na Półwyspie Iberyjskim Roman Kosecki. Ofensywnego gracza Atlético Madryt świetnie obsłużył Wojciech Kowalczyk.
Z całą pewnością remisu z Hiszpanią na Teneryfie nie można było uważać za wielki sukces reprezentacji Polski. Był to jednak pewien znak, że faktycznie w grze naszej drużyny narodowej może nastąpić nowe otwarcie. Umiarkowanego zadowolenia z postawy podopiecznych Henryka Apostela nie kryli również przedstawiciele władz Polskiego Związku Piłki Nożnej, których delegacja – na czele z prezesem Kazimierzem Górskim, przywitała zespół osobiście na lotnisku w Warszawie.